Archiwum
Zakładki:
Alteregując
Będąc grouppie blogów
Czasem się gubiąc
Znając i lubiąc
czwartek, 24 sierpnia 2006
Znieczulica

Siedział sobie mały, po cichu. Zawsze z tyłu, w ostatnim rzędzie. Niejednokrotnie widok przesłaniały mu „olbrzymy” będące przed nim.

Nikt nie zapytał go o zdanie, nie zwrócił uwagi na jego uczucia. A przecież on nawet nie pchał się do tego grona!

Postąpili z nim, jak z czymś bezwartościowym. Ukarali za coś, czego nie zrobił. Poniżyli.

Jak mogli?

Taki już jest ten nasz świat. Bez współczucia, litości...

Tak Pluton został zdegradowany...;(
Gorzko i w brudnej szklance - o Legii i Szachtarze

Przed meczem wiedziałem, że:

- strzały Włodarczyka są mniej trafne niż ministra Giertycha propozycje ustaw;

- prawdopodobnie lepsze efekty byłyby z wystawienia w obronie Dariusza Wdowczyka, Jacka Zielińskiego i Marka Jóźwiaka niż Radovicia, Balde, Choto i Edsona;

- choć obydwaj to Rumuni, obydwaj to napastnicy, obydwaj grają w mistrzowskich zespołach krajów Europy Wschodniej, obaj byli rezerwowymi, to Marica (Szachtar) to nie Chiacu (Wisła Kraków – niby nie Legia, ale daje dobry kontrast) – podobnie jak Kaper to nie piwo z biedronki (tu znów pozdrawiam kolegę Czesława);

- Fabiański to nie cudotwórca: nie zamienia wody w wino, nie mnoży koszyków ryb i chleba, nie będzie wiecznie łatał dziur po obronie.

A jednak zasiadłem przed telewizorem ze sporą nadzieją, a po pierwszym golu Włodarczyka już widziałem Legię w Champins League, czwartkowe zwycięstwa Wiseł i ich drogę przez fazę grupową Pucharu UEFA, za rok mistrz polski rozstawiony w eliminacjach LM, za trzy lata dwa zespoły w eliminacjach, zastrzyk pieniędzy od nowych sponsorów, kłopoty bogactwa Beenhakera... I tak przez pięć minut popływałem w chmurach, by dostać bolesnego kopa od kozaków.

Skąd taki optymizm? Nie mam pojęcia. Przecież słabości taktyczne, motoryczne, a przede wszystkim umiejętności znam od dawna. Przecież wiedziałem, że defensywa jest przetrzebiona kontuzjami. Że Edson, Roger i Elton to najlepsi obcokrajowcy Oranżeryjnej Ekstraklasy, a Matuzalemowi, Ferdnandinho (aka Ferdinando – © D. Szpakowski, vel Fernando – © C. Kucharski), Brandao, Hubschmannowi mogą nosić wodę i ręczniki (bo wiązania butów bym nie ryzykował). Przecież wiem, że nie ma co tępić Legii, że to wina całej ligi, systemu szkolenia, Związkowi niczym z epoki kamienia łupanego, polityków...

Wiem, wiem, wiem. A mimo tego wykrzyczałem się podczas meczu, teraz powymyślam, co myślę o piłkarzach, ich umiejętnościach i cnocie ich matek, a przed meczem Wisły znów siądę trzymając kciuki, z nadzieją, nie pamiętając moich żądań powołania zarządu komisarycznego w PZPN nawet kosztem wykluczenia klubów z rozgrywek.

Nie tylko ja, ale i wszyscy kibice. Ci, którzy siedzą przed telewizorami i ci, którzy śpiewają na stadionach. Ci, którzy muszą w futbolowej mizerii sięgać wciąż do historii (vide: transparent Wiślaków w Wiedniu – „Gdyby nie my w 1683 roku, gralibyśmy dziś z Galatasarayem”) i ci, którzy widząc Legię przegrywającą 2:3, tak waleczną i ambitną jak niedźwiadek koala po setce eukaliptusa, nadal krzyczą „Jeszcze trzy! Jeszcze trzy!”...

I tylko tych kibiców szkoda.

---

A jak można się usprawiedliwiać?

Dariusz Wdowczyk (trener Legii) - Bo Szachtar ma pomocników, którzy wiedzą jak się zachować w każdej sytuacji.
A my Radovicia za 800 tysięcy euro, Burkhardta za 600 tysięcy i Surmę aspirującego do gry w kadrze.

Łukasz Surma (kapitan Legii) - Czułem ich niepewność, że nie jest to ten Szachtar z Doniecka. [Więc skoro nie wygraliśmy z Szachtarem z Doniecka, z Szachtarem z Warszawy, to gdzie mamy szukać Szachtara, z którym można wygrać? W Czermnie? Wodzisławiu?] Trochę przestraszyli się publiczności, atmosfery naszego stadionu. [No a czego jeszcze mogli się wczoraj przestraszyć w Warszawie? Chyba dziur w drogach i korków.] Niestety, szybko straciliśmy gola, za szybko. Tym bardziej że gdy objęliśmy prowadzenie, wzrosła w nas wiara w awans. Szkoda sytuacji, po której sędzia podyktował wolnego. Po moim starciu z którymś z rywali, nie faulowałem.[Znowu nie moja wina, nie faulowałem, nie grałem źle, kombinezon był dobrze zszyty, a bolid ważył o 2 kilogramy za mało, bo obsługa omyłkowo wyniosła mi z niego toster przed startem.]


A na koniec, z dedykacją dla piłkarzy Szachtara, Dynama Kijów, Lewskiego Sofia, Steauy Bukareszt, Spartaka Moskwa, a przede wszystkim Legii: "Kluby ze wschodniej Europy to drużyny traktorzystów." (Kjetil Rekdal, Valerenga Oslo, o Wiśle Kraków)

wtorek, 22 sierpnia 2006
Tytułem wstępu
A tak było rok temu na Joggerze. Moja pierwsza i przedostatnia notka. Tutaj zamieszczona jeszcze tytułem usprawiedliwiania swych ułomności.
Obiecuję, że to już ostatni tekst o mnie. Chociaż nie takie rzeczy już obiecywałem. ;)

Kursywą tekst zeszłoroczny, czcionką zwykła uaktualnienie

„Po co te cholerne koty tak pieją?!” – myśli przeciętny człowiek o 5. nad ranem wpatrując się spod kołdry wpatrując się w sufit. Inny pewnie zastanawiałby się nad którymś z dręczącym go problemów: raty na samochód, dzieciaki na studiach, uroda stracona, żyły wyprute. Jednak przeważająca większość o tej porze najzwyczajniej śpi.

Tutaj chyba nic się nie zmieniło przez ostatni rok. Chociaż dziś postawiłbym tezę, że przeciętny człowiek o 5. nad ranem nie myśli.

A ja?
O 5:02, po dwóch godzinach bezsenności, w mojej głowie wykiełkował pomysł i powoli zamienił się w dorodnego słonecznika o kształcie joggera.
Nigdy wcześniej nie bawiłem się w żadne blogi. Ba, nawet pamiętnika nigdy nie miałem. Więc dlaczego? Szczerze mówiąc, to jest to dla mnie zagadką... Nigdy nie miałem potrzeby uzewnętrzniania się (no chyba jednak mam jakieś, skoro tu piszę), a blogi zawsze traktowałem z pogardą jako miejsca pseudointymnych zwierzeń ludzi aż tak śmiesznych, że nie mających odwagi tego ukryć przed światem. Miałem je za zapiski o ”szaleństwach zakręconych trzynastek”, „ciemnych stronach duszy gotykofili” (czy, jak zwykł mawiać Poeta, kindermetali), domorosłych filozofów. Sądziłem, że idea bloggingu jest idealna właśnie dla nich. Ale pewnie dzienniki uświadomiły mi, że może być inaczej. Tak też biję się w piersi, wołając: „mea culpa”.
Więc co tu będzie? Coś wartego (moim – pożal się Boże – własnym zdaniem) zanotowania puszczenia w obieg bez wielokrotnego, ustnego powtarzania. Coś co na dłuższą chwilę przykuło moją myśl. Postaram się uniknąć wywalania na wierzch uczuć, żali, pretensji i wszystkiego innego, co miałbym do wywalenia. Choć emocji nie da się uniknąć. Są wręcz pożądane.


No, w poprzetniej notce widać, ze nieco się zmieniły moje zapatrywania na ten temat.
I przy okazji pragnę pozdrowić kolegę Czesława, który to oczywiście zrówna mój pomysł na blog z ziemią - jako zażarty mudżahedin walki z blogowaniem. A ja mu przyznam rację, przechylimy kolejnego kielicha, zmienimy temat, a on i tak będzie tu zaglądał.

Mam tylko nadzieję, że dla mnie będzie przyjemnością tu pisać, a i dla Was nie będzie to męczarnią. I nie omieszkacie mnie o tym powiadomić. No chyba, że męczarnią będzie – wtedy omieszkajcie z czystym sumieniem. ;)

Boże, tu także nic się nie zmieniło. Jestem przewidywalny bardziej niż północnokoreańskie testy rakietowe.

No więc - tak zacząłem. Ja zacząłem.
Jaki ja?
Skoro czytacie coś ode mnie, to wypadałoby dać jakieś wyobrażenie mojej postaci.
Mógłbym odpowiedzieć: "Piotrek z Nidzicy niedaleko Olsztyna
(bez zmian), lat już przeszło 20 (o! tu zmiana!), kawaler (bez zmian - czuję jakbym stał w miejscu), niekarany (...albo nawet się cofał...)" albo wymyślić inny badziew. Ale po co? Zacznijmy inaczej...

„Zdolny ale leniwy” – jak mawia Mamiszon. Ale o kim tak nie mówi własna rodzicielka, by jakoś usprawiedliwić fakt, iż syn nie jest ideałem i nie ma jak się nim pochwalić przed koleżankami? Właściwie tylko to „leniwy” jest w jakimś stopniu do sprawdzenia i bez adwokata mogę się do tego przyznać. Przyznać się mogę jeszcze, że jestem cynik. I egocentryk. Ale z przebłyskami idealistycznego altruizmu...

Mógłbym kiedyś pisać felietony do kwartalnika "Chwila dla debila", nieprawdaż? Bo już so "Mama i ja" to się nie nadaje.

A z innej strony? Z innej strony też Mamiszon. Dokładniej to ostatnie zdanie, jakie pamięta sprzed mych narodzin, słowa, które gdzieś do niej dotarły przebijając jaskrawą skorupę narkozy (ogromny podziw za wypchnięcie z siebie wrzeszczących czterech kilo z hakiem mnie przy pomocy „cesarskiego cięcia”). To zdanie wypowiedział ponoć lekarz, który odbierał mój porób (a teraz jest moim lekarzem rodzinnym):
„Ojciec nie wie? To dzwońcie. Niech wódkę przywozi.”
Poniekąd to zdeterminowało moje przyszłe losy. W jaki sposób? Podpowiem, że nie jestem ojcem, lekarzem i rzadko dzwonię.
Papiszon przywiózł i jakoś to dalej poszło.
Fotogeniczne szczenięctwo, przedszkole, podstawówka i liceum ogólnokształcące. Bez większych sukcesów jak i porażek. Pozostało mi tylko uwielbienie do dzwonków kończących lekcję, umiłowanie przerw (w czymkolwiek), strach przed wywiadówkami i awersja do zatwardziałych w swej głupocie nauczycieli. No i z przedszkola to jeszcze zapach cynamonu, którym posypywano ryż podawany na podwieczorek. Chyba mi smakował. Choć ponoć wcale nie jest dobry. Nie jadłem go od piętnastu lat i nie będę jadł. Po co psuć piękne wspomnienie?

Och, ach.
Później niespodziewanie, w ciężkich oficerskich butach przyszły studia. Jak na razie krótkie, ale już śmiem twierdzić, że to najwspanialszy okres w moim życiu. Jakie kierunki? Takie, że mej inżynierskiej rodzinie do tej pory ręce opadają i oczy łzawią na każde wspomnienie: filologia klasyczna (już rok) i historia (od października). Całe to dobrodziejstwo inwentarza na toruńskim UMK. Całkiem je lubię. Może zajęcia akurat najmniej. ;P
No i zmiany, zmiaany, zmiaaany. Filologia została. Historia dała dowód swej szczerej miłości w indeksie, ale ja jej niestety nie odwzajemniam i zmykam stamtąd (oby tylko naukowe dało się jakoś podpieprzyć...). Nowy rok, nowe plany, nowe kierunki...

A co prócz tego lubię?
Nie lubię na pewno pytań tego typu. „Co lubisz?”, „co słychać?” – zdecydowanie za mało konkretne by jakakolwiek odpowiedź nie wydała się zbyt uboga. Zwłaszcza przy tak zmiennych gustach jak moje... Postaram się trochę usystematyzować ową kategorię.
Więc jeszcze raz... Co lubię?
Muzykę. Wiele muzyki. Stale: Queens of the Stone Age, Pidżama Porno, The White Stripes, Gorillaz, Myslovitz, tradycyjny punk, ska i reggae (Apatia, Podwórkowi Chuligani, Alians, Habakuk, Akurat), żadnego kalifornijskiego badziewia. Ostatnio: Cool Kids of Death, Lao Che, Dandy Warhols.
I tu, o dziwo, nieco zmian. A o tym można przekonać się tutaj.
Lubię Klimta, Schielego, oczy Renoira, barwy Gaugaina, “Guernicę” Picassa. Momentami Dali (momentami tylko, choć ścianę nad moim łóżkiem zdobi jego „Virgin autosodomized by her own chastity” – „Dziewica zgwałcona przez swą własną cnotę”) i Mucha. Czasem Pollock.
Nadal cieżko u mnie ze zrozumieniem sztuki nowoczesnej, ale staram się. Chociaż kiedyś przy ciągach i różniczkach też się starałem...
Lubię zapach cynamonu (j.w.), gleby po deszczu, mokrej skóry, prażącej się po wyjściu z jeziora w palącym słońcu. Lubię zasypiać i nie wstawać długo po pierwszym przebudzeniu. Uwielbiam czekoladę w każdej postaci.
Ubóstwiam dziewczęta w letnich sukienkach... I trampki też nie są najgorsze. :D
Moją biblią jest „Paragraf 22” Josepha Hellera i z książek dalej już długo, długo nic. Z filmów brak takiego faworyta jak powyżej. Raczej duży peleton, w którego czołówce jest „Fight Club”, „Pulp Fiction”, „Big Lebowski” oraz „Trainspotting.”
To i tu dorzucę ostatnie przeboje: kartkowo - Gombrowicza "Wspomnienia polskie. Wędrówki po argentynie." (niby takie tam felietoniki, a jak rozjaśniające głowę i jak aktualne), ekranowo - "Przekręt" Ritchiego. I szukam dalej.
Ponadto lubię zbijać ludzi z tropu i odwracać kota ogonem.

A ja od strony somatycznej?
Honorka uwielbia mawiać, że wyglądam jak jej koleżanka. Widziałem jej zdjęcie, ale podobieństwa nie dostrzegam. A jeśli jakieś jest, to sam nie wiem, czy należy bardziej współczuć jej czy mi. Za to Monia ostatnio zepchnęła mnie w wir kompleksów stwierdzeniem, że jestem dla niej „za chudy”. Potem oczywiście prostowała, że tylko dla niej i jestem tylko szczupły, ale i tak się nie wywinie. ;) A nie ważę nawet połowy tego, ile mam wzrostu. Tego akurat mi nie brakuje. Natura obdarzyła mnie metrem i dziewięćdziesięcioma centymetrami wysokości. Siostra twierdzi, że to rekompensata za brak rozumu. Ale kiedyś też wmawiała mi, że dzieci się biorą z kapusty. Więc jak tu jej wierzyć? Przecież wszyscy wiedzą, że przynoszą je bociany.
Oczy, jak by nie patrzeć i z wiadomych względów – zdecydowanie piwne. Włosy – blond ciemny, ostatnio z tendencją dosięgania nosa i ingerowania we wszystko, co spożywam. Grzebień – brak. Nogi – dwie, często w trampkach. Prócz tego kupa innych menelskich ciuchach, które (jak empirycznie dowiedziono) predysponują mnie do otrzymania na praskiej ulicy drugiej spośród konkurencyjnych propozycji: kupna róż lub haszyszu.
Doszły zużyte japanery i kaszkiet, przez kolegę Czesława zwany "berecikiem z daszkiem" - jak widać na powyższym zdjęciu. A cała reszta zmienia się jak w kalejdoskopie i nikogo nie interesuje (chyba, że jednak "Fakt"...).

I jeszcze jedno. Nigdy nie czytam tego, co wcześniej napisałem – po prostu jest to zbyt nudne. :D A i stąd wynikają błędy... Może chociaż za to taki tekst jest bardziej prawdziwy?
Bez zmian!
Neofita

Były: gorsety, cylindry, dzwony, komunizm, Maryla Rodowicz. Teraz przyszła kolej mody na blogi. I jak nie dosięgły mnie: powódź, wojsko, ptasia grypa, tak w końcu musiałem czemuś ulec... Blogowi.

Dlaczego?

Nie z potrzeby uzewnętrzniania się. Raczej z potrzeby zapisania pomysłów i spostrzeżeń, by nie zginęły na marginesach zeszytów, chusteczek i serwetek. Nic o mnie. Raczej wszystko o świecie z mojej perspektywy - czasem zdarzy się wymyślić coś interesującego i szkoda by było, gdyby to zginęło niczym Leonardo di Caprio w „Titanicu”. Może kiedyś taka notka-pomysł zakończy się powstaniem opowiadania, filmu, książki lub wyroku sądowego? A może po prostu komuś z czytelników przyniesie nieco radości lub – nie daj Boże – powodów do przemyśleń. Za świadectwa których w komentarzach z góry dziękuję.

Co tu będzie można znaleźć?

Jeśli mój zapał przetrzyma moje lenistwo, to pomysłów mam mnóstwo... Absurdalne opowiadanka, krótkie recenzje tego co widziałem i tego co słucham, felietony o tym, co przykuwa moją uwagę. Zazwyczaj w klimatach, uchodzących w pewnych kręgach za dowcipne, ale pewnie nie zabraknie i poważnych (ba, grobowo – jeśli zabiorę się za pisanie o piłce nożnej, polskiej).
Celu nie ma. Blog ma być, ma być pełen, pełen rzeczy ciekawych i nieprzydatnych.

A co w pierwszym numerze?

Pierwszy tekst z mojego joggera, który pomieścił jedynie dwa moje teksty i zapadł w śpiączkę. Kilka zdań o tym, jaki byłem mniej więcej rok temu i jaki już nigdy nie będę + nota wydawnicza, uaktualnienie owego tekstu.